Daily Soup

Amanita muskaria

reżyseria: Małgorzata Bogajewska


Nie umiemy być ze sobą

W rodzinach brak kultury codziennego bycia. Ludzie nie umieją być ze sobą. W świecie zewnętrznym staramy się pokazać często od lepszej strony. W rodzinie czujemy się często z tego zwolnieni  - mówi dr Katarzyna Nadana-Sokołowska z Instytutu Badań Literackich PAN, twórczyni projektu „Płeć w kulturze”.

 Gdzie są główne źródła toksyczności relacji rodzinnych?

- Psychologiczne źródło toksyczności w rodzinie,  to często nadmierna bliskość. Członkowie rodziny mają trudności z dostrzeżeniem własnej i cudzej odrębności. Rodzicom, zwłaszcza matkom, trudno się powstrzymać od zachowań nadmiernie opiekuńczych. Dbają o dobro fizyczne dzieci, ale nie rozumieją, jak ważne jest wsparcie dla rozwoju ich dojrzałej, niezależnej osobowości. Tłumią więc wszelkie przejawy ich budzącego się indywidualizmu. Z kolei dzieci buntują się przeciwko takiej formie opieki. Deklarują potrzebę niezależności, ale nie umieją jej realizować. Naznaczone poczuciem winy z powodu swoich negowanych pragnień, nie potrafią oddzielić się od rodziców i opuścić ich domu. Żyją ciągłymi pretensjami do nich. Wszyscy zapominają, jak ważne dla samopoczucia innych jest wyrażanie im sympatii, szacunku, wsparcia, wdzięczności.

Ludzie nie umieją być ze sobą?

- Nie umieją. W rodzinach często brak kultury codziennego bycia ze sobą. Nie potrafimy lub nie chcemy prowadzić rozmowy w taki sposób, aby była przyjemna. Ogólnie wiemy, że nie należy być prostackim, ani nudziarzem, ani okazywać w niekontrolowany sposób złych emocji wobec innych. Bo się nie będzie lubianym. W rodzinach o tym się często zapomina. Obowiązuje mit, że miłość rodzinna, to coś oczywistego, o co nie trzeba dbać. Zamiast starać się być interesującym i miłym, zanudzamy i zadręczamy, bo wydaje się nam, że w rodzinie wreszcie po prostu „możemy być sobą”. Że tu powinniśmy być zaakceptowani tacy, jacy jesteśmy. Że bliscy powinni dosłownie odczytywać naszą dobrą wolę i intencję z naszych myśli. A to przecież niemożliwe. Prowadzi to wszystko do wzajemnego ranienia się.

W „Daily Soup” osobą stanowiącą centrum toksyczności tej rodziny jest kobieta: histeryczna, spięta, kontrolująca siebie i innych. Dlaczego taką postawę najczęściej prezentują kobiety?

- Bo to kobietom szczególnie trudno przychodzi „wyluzowanie”. Według nich dobra matka, to taka, która pragnie być wyłącznie matką - opiekuńczą, serdeczną, otwartą na potrzeby innych. Próba pełnego sprostania takim wymaganiom, budzi w nich frustrację. Kobieta czuje się winna, kiedy czuje zmęczenie czy gniew lub kiedy chce zaspokoić także swoje potrzeby. I kiedy nie potrafi łączyć pracy z obowiązkami domowymi i czasem dla dzieci itp. To sprawia, że boi się szczerze, nawet przed samą sobą wyznać, co naprawdę czuje i czego chce. Dlatego jej bunt wobec narzuconej roli płciowej i społecznej przyjmuje postać histerii.

„Daily Soup” jest na scenie Teatru Narodowego już pięć lat i nadal cieszy się wielkim powodzeniem. Czego ludzie szukają w takiej tematyce?

- Myślę, że szukają narzędzi do zrozumienia własnej sytuacji. Najwyraźniej sytuacje pokazywane w sztuce są im znane. Cieszą się, że można je zobaczyć, obśmiać, przemyśleć. Mimo to do praktykowania zdrowszego modelu bycia z najbliższą rodziną jest jednak ciągle w kulturze polskiej daleko. Potrzeba nam nowych, inspirujących wzorców do naśladowania, nauki wglądu w siebie i komunikacji bez przemocy z innymi. Potrzeba nam większej kultury psychologicznej i głębszej refleksji społecznej.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał Krzysztof Lubczyński